9 grudnia 2011

Ventura Highway


A więc żegnaj
Już niedługo rozdzielą nas mile
Weź swój plecak
Domyślałem się że zostaniesz tu tylko chwilę

Zaraz ruszysz w dół
Ryzykowną autostradą
Świat podzieli się na pół
Na czyjś smutek i czyjąś radość

Nie bój się
Zawsze możesz zmienić  swe imię
Nie patrz wstecz
Wiem że byłaś tu tylko chwilę
Nie roń łez
Już za chwilę rozdzielą nas mile

9 grudnia 2011

14 listopada 2011

Kłótnia



Dlaczego ciskasz we mnie poślinione słowa?
Spod powiek źrenicami drżącymi sączysz jad.
Dlaczego papierosy zabierasz mi i chowasz?
Czemu rękami machasz niczym spłoszony ptak?

Dlaczego tyle mówisz, lub milczysz jakby grób?
Dlaczego słone krople przez oczy swe przesączasz?
Wychodzisz w środku nocy i wracasz niby cud.
Celujesz we mnie pilotem od telewizora.

I czemu trzaskasz drzwiami i czaisz się jak duch?
Składasz ubrania w stosy, odwracasz pusty wzrok.
Czemu spojrzeniem dociążasz każdy najmniejszy mój ruch?
Czemu tupiesz by słychać było każdy twój krok?

Jutro prosto do łóżka śniadanie zrobię ci
Z samego rana, gdy tylko wciąż senna się obudzisz
Puszczę muzykę z radia, zaparzę kawę z
mlekiem i cukrem, i w kubku, tym dużym, tak jak lubisz…

14 listopada 2011


Ballada o rycerzu i księżniczce

Raz pewien rycerz szczęścia szukał
i chociaż był to piękny mąż
szczęście, gdy znalazł je, jak dukat
z rąk wymykało mu się wciąż.

Lecz gdy na balu gościł gdzieś
zobaczył oczu damskich blask
i oczom nie wierząc
przemierzył parkiet wzdłuż i wszerz
by je zobaczyć jeszcze raz
i do kogo należą

Lecz próżny był ten jego trud
i darmo obcas darł podłogę
zniknęła ona niczym duch
i popadł rycerz nasz w żałobę.

Niedługo jednak ten stan trwał
bo wśród wrześniowej ciepłej nocy
odbył się przeogromny bal
i spotkał rycerz swoje oczy

Ich właścicielką księżniczka była
co w pięknej sukni balowała
i spostrzegł rycerz, że jej oczy
są piękne niźli ona cała

I chociaż przybył z inną tu
zostawił ją na pastwę losu
tak to kobiecy księżniczki urok
wciągał rycerza cios za ciosem

Gdy bal się miał już ku końcowi
wynikła nietypowa sprawa
księżniczka mianowicie płaszcz swój
piękny książęcy zapodziała

Wśród gwaru, tłumu i barłogu
rycerz zachował umysł rześki;
księżniczce, by nie zmarzła z chłodu
płaszcz ofiarował swój rycerski

I tak zaczęła się zażyłość
między księżniczką i rycerzem
zakrawająca gdzieś na miłość
przerastająca w utęsknienie

Lecz dzień za dniem platońska siła
uległa chęci jeszcze czegoś
i stało jasne się, że teraz
rycerz już pójdzie na całego

I jednej nocy rzekł do lubej
gdy się zbyt śmiało rozochocił:
Musisz być cała moja, bo mi
już nie wystarczą twoje oczy

Księżniczka rzekła wtedy śmiało
że niemożliwa jest ta rzecz
bo chociaż czasu w życiu mało
miłości deser krótki jest

Poczuł się rycerz odepchnięty
lecz wnet pomyślał sobie: Hej
dałem jej tylko mój płaszcz wojenny
a w zamian żądam całej jej!

Więc dam ci też całego siebie!
wykrzyknął rycerz bijąc w pierś
a powróciwszy do się biegiem
napisał taki oto wiersz:

Daję ci serce me czerwone
co dudni w zbroi echem ech
daję też oczy utęsknione
co bez patrzenia widzą cię

Ofiarowuję krew, co wre
i która bardziej jest czerwona
kiedy choć chwilę widzę cię
niż gdy na wojnę idę skonać

Daruję każdy wyraz twarzy
i każdy z ust mych szczery śmiech
i nawet dać ci się odważę
kichnięcie każde, itp.

Zrzekam się moich brudnych stóp
co pył bitewny pokrył je
i niech mi szatan kopie grób
jeśli okłamię kiedyś cię

I podróż dookoła świata
do łóżka w każdy dzień śniadanie
i wszystkie rzeczy co posiadam
i które zdobyć jestem w stanie

I usta moje rozpęcznione
solą przebytych trudnych dni
ofiarowuję dzisiaj tobie
i namiętności skryte w nich

I w tej miłości dzikim szale
daruję duszę moją też
bo ty jak diabeł jesteś dla mnie
i tylko ciebie teraz śnię

I pisał tak nasz rycerz wciąż
pod oknem serenady śpiewał
i recytował całą noc
i cały dzień następny ziewał

Po zamku z kandelabrem łaził
do drzwi jej pukał ile sił
chociaż wciąż wątlał, czezł i nikł -
bo rycerz nasz poetą był

Aż pewnej nocy otwarł drzwi
i zaznał szczęścia i rozkoszy
lecz wnet rozsypał się jak pył
tak zwiędły marne jego losy

Księżniczka zaś na widok ten
wnet wyskoczyła ze swej wieży
i rozpłynęła się jak sen
gdy wiatr o skały nią uderzył

I słowo ciałem stało się
bo choć ziszczony cel rycerza
za długa bitwa była przed
i za wysoka księżnej wieża

I tylko w niebie teraz żyją
i jeszcze tylko pośród nas
a wiatr zawodzi nad mogiłą:
szanujcie życie, bo jest siłą
którą pogania wredny czas

29-30 lipca 1999


[znów wstałem rano]

Znów wstałem rano całkiem sam
i pełną piersią chciałem chwytać dzień
odeszłaś wczoraj nagle tak
zostało kilka starych zdjęć.

Śniadanie - czerstwy chleba smak
i niedopitej kawy cień
tam w lustrze to niestety ja
samotność ściska gardło me

Pod zimną wodę kładę twarz
i tak jak ona wciąż gdzieś uciekam
lecz wiedz - -dopóki płynie czas
na Ciebie czekam

22 grudnia 1998

Pan Smile


Mam nowego przyjaciela.  Nazywa się Pan Smile i jest naprawdę sympatyczny. Kiedyś już widywałem go przy różnych okazjach. Pamiętam że bywał na spotkaniach ze znajomymi,  był też na rozdaniu świadectw maturalnych i w urzędzie miejskim, gdy odbierałem prawo jazdy.
Z Panem Smilem ostatnio widujemy się częściej. Towarzyszy mi gdy wstaję rano i później niemal przez cały dzień, choć jego obecność jakoś wcale mnie nie krępuje. Mimo, że spędzamy ze sobą bardzo wiele czasu, moja dziewczyna jakoś zupełnie nie jest o niego zazdrosna. Wydaje mi się, że ona również polubiła Pana Smile`a.
Jest tylko jeden problem. Jest nim mój stary przyjaciel Pan Ponura Mina. Pan Ponura Mina pochodzi z Japonii.  Kiedyś bardzo się przyjaźniliśmy, ale po pewnym czasie zauważyłem, że oprócz Pana Ponurej Miny nie mam innych kumpli ani bliskich znajomych.  Spostrzegłem też, że Pana Ponurą Minę łączą zażyłe stosunki z moim gburowatym szefem.  To wszystko powoduje, że staram się unikać Ponurej Miny, i zamierzam powiedzieć mu, że już nie chcę się z nim przyjaźnić. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię.  To bardzo ciężkie zadanie, bo takiego przyjaciela  jak  Ponura Mina trudno się pozbyć. Zbyt łatwo można go spotkać wśród ludzi idących ulicą, w pociągach, albo w kolejkach do kas w hipermarketach. A także w wielu innych miejscach prawie o każdej porze. Praktycznie spotyka się go cały czas, dlatego myślę, że poproszę o pomoc Smile`a. Nie musi nic mówić, wystarczy że będzie ze mną gdy powiem o wszystkim Ponurej Minie, a jestem pewien, że pójdzie bardzo dobrze.
Za to Pan Smile to zupełnie co innego.  Ma dwie, bardzo fajne koleżanki, które od pierwszego spotkania zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Happiness i Love są jak papużki nierozłączki. Prawie wszędzie chodzą razem. Co więcej, odnoszę wrażenie, że Pan Smile też  jest z nimi cały czas. Nie wiem, jak to możliwe, skoro niemal cały dzień  jest ze mną. Chyba już taki jego urok, że potrafi być ze wszystkimi na raz. Smile jest naprawdę niezwykły.
Znałem kiedyś jednego Smile`a, ale był zupełnie inny. Widywaliśmy się tylko przypadkiem, najczęściej w sklepach odzieżowych, w towarzystwie uprzejmych i zadbanych sprzedawczyń. Nie lubiłem tych spotkań. Ów Smile wydawał się być kimś innym, niż osoba, za która się podawał i nie ufałem mu. Ale dzięki tym spotkaniom potrafię z łatwością dostrzec go już z daleka i od dawna udaje mi się  go unikać.
No cóż, Panie Smile, niezły z Pana gość!

13 listopada 2011

Epitafium

Umarł papież
odszedł w mig.
Kto coś zrobi byś nie umilkł?
Kto się odważy podnieść krzyk?

Nieść cię przez plac
chętnych jest stu. Czyż
znajdzie się ten, który
poniesie za ciebie krzyż?

5 kwietnia 2005

Dogmat egzystencjalny

życie
jest drzewem
po którym wspinam się do końca

drzewo
jest drogą
milionem drógkonarów

konary są
wyborami codzienności

wciąż szukam ścieżki
która doprowadzi mnie
tam na koniec
na najcieńszy koniec ostatniej gałązki

tam jest mój dom
dom do którego zmierza każdy z nas
dom pełen szczęścia
dom przeznaczony

tylko tam
mogę zanurzyć się na zawsze
w ciepło jej dłoni

tak prosto zmylić drogę!
tak łatwo!
gdy nie słyszę wołającego głosu jej serca

tak prosto być strąconym w wiatr
unieść się ciałem jak pył - w bezmiar
tak lekko pośliznąć się na własnych łzach...

w lipcu 2000

[jesienią]

jesienią
upadnę w zwiędłe liście brzóz
poszukam w nich ciebie

i pocztą pantoflową otrzymam ów list
zwierzenie
ode mnie - dla siebie

jesienią wzruszenia rozszarpią mi serce
to szczęście nie dzielone wytryśnie jak szampan!
odegnam je dłonią
odepchnę od siebie
tak tańcząc krok zmylę chocholego tańca

jesienią dopiero czuję jak umiera
na ramionach cel życia co był albo będzie
i choć w siebie spoglądam, i choć obok siebie
nic nie widzę prócz oczu płonących w obłędzie

jesienią
upadam w zwiędłe liście brzóz
nie czuję twej dłoni, odchodzę powoli
i tylko pamięć pod rękę bierze jak pod nóż
i smutną twarz okrywa kocem melancholii

15 września 1999

12 listopada 2011

ID wieczorny

Już idzie ID
każe pić nam tę noc do dna
zachłysnąć się nią;
jak słońce oczy zza niewidzialnych chmur
trąca każdą myśl.
Idzie ID, strąca nas w przepaść ze snu
dopóki noc otwiera oczy
i w dół i w
dół
dopóki noc
nie umkniemy mu.
Idzie ID
trzyma w rękach
wino, wiatr, światło dostrzegalne kątem oka;
gubi nas w sobie grając na fletni
gwiazd patrzących przez otwarte okno
(już płonie ogień, choć jeszcze
chodniki od deszczu mokre);
w żyłach nam tętni świat,
po szybach nieostrożnie spływają krople dnia.
Idzie ID
już spętał nasze dłonie
galopem rozkosz w rozwianych grzywach koni
pędzi tak, wlewa się czarną rzeką
jak ptaków lot - -unosi gdzieś daleko
zatrzymać możesz się lecz po co lecz dlaczego
w szaleńczym wirze kręci się zauroczenie
w beztroskim tańcu ID, w twoim spojrzeniu
i błądzi, lecz nie szuka
i chce, ale się boi
blady, choć cały płonie
i znów zostawia mnie, już się nie bronię
symfonię tę bez nut niedokończoną
już świt przeciera oczy rosą wśród łąk zamglonych.

Odszedł ID;
 u podnóża zachwytu
zasypiam w twoich ramionach.

11 stycznia 1999

Nad pogryzionym starym miastem

nad pogryzionym starym miastem
w przesmykach ulic
pijana noc do szyb się tuli
otulona jak szalem latarnianym blaskiem
a brudne koty gdzieś w podwórkach
uciekają w zaświaty
tam gdzie nie ma ludzi z kamieniami
i deszcz pada tylko czasem

nad rozpostartą starą rzeką
szarą jak myśli moje i zmęczoną
dłoń w dłoni ściska beznamiętnie
ból bezpamiętnie bije w skroni

pod malowanych starym niebem
nad rozpostartą starą rzeką
nad pogryzionym starym miastem

na ciebie czekam

1 lipca 1998

Obietnica

z aksamitną różą w dłoni
w zachodzącym płynąc słońcu
mdlejąc z gorąca
stanę kiedyś przed twym progiem
takim pół - mną a pół - bogiem

dla nas - upitych szkarłatem wieczoru
zatańczy na ustach jeden dotyk tylko
w tę noc bezwstydną
twoje spojrzenie
i uniesienie

Jak się czuję

przepełniony, zdeptany
rozwalony, pobity

roztrzaskany, rozdarty
umarły, zabity

oszukany, zwęglony
połamany, zmarznięty

przepalony, przepity
przekręcony, zziębnięty

porzucony, samotny
słaby, pokonany

uduszony, zmiażdżony
rozerwany, skopany

pęknięty, powalony
chory, pusty, martwy

pokonany, kaleki
pożarty, podarty

okradziony, bezsilny
zraniony, przeklęty

zawiedziony, ślepy
przetrącony, zwiędnięty

15 maj 2003

Drugi wiersz z papierosa

Bóg stworzył mnie - człowieka
na podobieństwo peta
żarzą się od środka
i spalam się w wierszach

serce mam smoliste
ileś tam miligram
zamiast krwi płynie we mnie
nikotyna

dymne myśli wzlatują
popiół wspomnień strzepuję
i przybliża mnie do filtra
każdy oddech

Bóg stworzył papierosa
na podobieństwo człowieka
ja jestem papierosem
marki Poeta

27-28 maj 2003

Sonet bezdomnych

Czterech ich było,
cztery szklanki po musztardowej
i dwa dzbanki
deszczówki w zardzewiałych puszkach.

Przy brudnym stole brudną ręką
zapałki świecą,
w spękanych ustach zebrane ciężko
ćmią niedopałki.

Czasami jeszcze zapach kobiety
próbują wspomnieć, lecz został tylko
kurz o poranku i intensywna woń toalety.

Nocą, gdy w miasto idą na łowy
w podartych torbach taszczą łup wszelki
aluminiowy.

styczeń 2005

Parafraza II

Tęsknię, choć wiem
nie powinienem
coś każe, bym żył.
Usypia mnie deszcz, który uderza w okno z całych sił

Ja to wiem - chcę oddychać głęboko.
Ty jesteś mój tlen.

14 stycznia 2005

Parafraza III

Jesteś
tylko gościem
mojej samotności
nadaję ci nawet imię
zanim
staniesz się
płatkiem pelargonii
zasuszonym między kartkami
ulubionej książki
zanim
staniesz się
kroplą melancholii
wyciśniętą z cytryny mych oczu.

Jesteś
tylko śmiechem
zmarszczką w ust kąciku
która mówi wszystko gdy ja milczę
zanim
spłyniesz
po moim policzku
jak po drżącej szybie
zanim
poczuję słony smak
zanim wezmę oddech i otworzę usta
by zapytać cię
gdzie
jesteś?

luty 2005

Tyle

ile chleba tyle głodu
w rękach wyciągniętych

ile zdrady tyle bólu
tyle słów namiętnych

ile medali lśniących
tyle karków prostych

tyle karków ugiętych
ile szafotów ostrych

tyle spraw nieskończonych
ile spraw nie zaczętych

tyle łez zasłużonych
ile dziewczyn nietkniętych

tyle chęci bezpłodnych
ile nocy przespanych

tyle nocy zarwanych
ile pomysłów dobrych

tyle kwiatów we włosach
tyle idei prostych

ile lat nie zmęczonych
ile kieszeni pustych

ile twarzy grymasów
tyle niedowierzania

tyle minut bezsennych
tyle słów do spisania

luty 2005

Jak liść zasuszony

 Iskra w oku wznieca  świecy płomień
Płomień wnet w pożar myśli się zmienia
Pożar myśli rodzi zmysłów pożogę
Wszystko gaśnie w ranka wilgotnym chłodzie

Uśmiech szczery budzi słowa gorące
Dotyk dłoni rodzi myśli nieskąpe
Myśli w czyny i wspomnienia się zmienią
W śmierci zginą bladych wspomnień tysiące

Czas zdziera cię ze mnie jak martwy naskórek
Wymazuje przysięgi grafitem pisane
Ścina obietnice wielkie niczym stare dęby
Niszczy słowa którymi byliśmy nazwani

Nie było cię? Nie ma? Nie będzie? Lecz jesteś
Jak liść zasuszony w książce ulubionej
którą czytam co dzień.  Gdy sam wyschnę wreszcie
Chcę wiedzieć na której czekasz na mnie stronie

3 stycznia 2011

W źdźbłach traw konały (znaleziony)


[wiersz ten znalazłem w książce pożyczonej z biblioteki, napisany długopisem na kartce wyrwanej z zeszytu; autora zapraszam po odbiór]

W źdźbłach traw konały rosy świtu
wiatr ich ostatnie lśnienie pieścił
gdy z nadodrzańskich wałów szczytu
uwiódł mnie nagle czar niewieści.
Dobyta z jawy na poły z mar
Gdzieś między mostem a wykrotem
Z psem szła wsłuchana w ptasi gwar
Więc zbiegam ku niej ptasim lotem.

Płyną dni


Płyną dni. Ja tęsknię za tym, czego nie mam
Z palców spływa czas, jak piaskowy pył
Każde piasku ziarno to mogiła senna
Znicze z ziaren wspomnień co dzień stawiam im.

Biorę w garść codzienność, ja menedżer dni
I peany ślę – te na własną cześć
Już minęły czasy urodzajnych chwil
Brać się do roboty! Za coś trzeba jeść

Na garnuszku śmierci wpija we mnie się
Archetyp twych piersi, które chciałbym zjeść
„Nie” wypowiedziane ma straszliwą moc
Ty zagarniesz  łóżko, mi zostanie koc

Alkoholu łyk, wiersza słowa dwa
Im dalej-odwraca się zależność ta
Jeszcze kropel pięć. Dlaczegóż by nie?
Wyrżnę głową w stół, zbudzę rześki się.

Opadnę powoli jak po bitwie kurz
W kalendarzu  więcej nie znajdziesz mnie już
Na wąskim balkonie zamknij za mną drzwi
Stłumisz chłód poranka, zdławisz śmierci krzyk.

Na balkonie wąskim omieć z piasku gzyms
Niech mnie porwie wiatr, ja zamieszkam w nim.
Niech mnie zmieni w pył znad urodzajnych pól
Albo w sól twych łez, co za mną potoczą się  w dół.

2 lipca 2011

Pod waltornią


Pod Waltornią whisky leje się co noc
Po dekoltach brodzi męskich spojrzeń moc
Gra orkiestra twista, nie zaznamy snu
Bawi się stolica, tutaj-właśnie tu.

Czy to aury czar czy też lica blask
Chwyta lekką dłoń, czuje poklask łask
Nie pisną gazety co ma robić wszak
Przedziwne podniety pismakom nie w smak.

Na języka końcu kropla drży jak bras
Chwyćmy w żagle wiatr, przecież mamy czas
Niech poeci słów szukają w srebrnej krwi
Mamy swój bon ton, tylko ja i ty

Pozamykaj drzwi i zrzuć swych koron szyk
Nie oglądaj się wszak tu nie patrzy nikt
Niechaj czerwień szkła wsiąknie  w naszą krew
Kiedy księżyc  łka wśród żywicy drzew

Wypłowiał serpentyn nienaganny  róż
Lśnią puste butelki tak jak złoty kurz
Śpi orkiestra cała, milczą struny trzy
Płynie cień na jezdni tak jak letnie dni.

Ona patrzy w dal, on odchodzi już
W głos się śmieje czart, ostrzy srebrny nóż
Pierwszy i ostatni był jej raz, psia mać
Tylko księżyc świeci jakby bał się spać
Tylko nocy czerń mąci cichy wrzask
Pijmy szybko by zapomnieć nim powróci brzask

kwiecień /czerwiec 2011

Na odwrót

odpycham się zapałką
od ognia, co błyska
jak do skarpety starej
dym się w płuca wciska

ziemia pcha się w stopy
nogami porusza
zaciska się w dłoni
szklanka prawie pusta

zbiegają ze mnie schody
otwierają mnie drzwi
jadą mną pociągi
przeżywają mnie dni

pieniądze mnie wydają
marnotrawi mnie czas
książki mnie czytają
kobiety pożądają

niesie mnie ubranie
łzy mnie ronią słone
a na strunach gardła
ciche grają słowa

patrzy na mnie świat
i myją mnie zęby
i zrywa mnie kwiat
i śni sen przyjemny.

10.11.2011