13 lutego 2014

To nie jest tak

To nie jest tak, że wygram dla nas wszystkie bitwy, to nie tak, to mit
Ani że się poddaję i z twarzy ocieram łzy bezsilną ręką
Musimy mieć siebie jak pies miskę pełną a melodia swój rytm
Na przekór włosom siwym wierzyć w te chwile, które kiedyś będą

Zostaną po nas zapalniczki schowane po kieszeniach płaszcza jak tani łup
podeszwy schodzone i parasol rozdarty rzucony w kąt od niechcenia
plany co spłyną po dachach czasu rynny wyrzucą na codzienny bruk
i rozbiją o bruk, lecz przecież nawet boso po czymś stąpać trzeba

Gdyby prawda była prosta jak suita Griega opus czterdzieste, część dwa
A nie jak zawsze za krótka pierzyna lub dziurawe rajstopy istnienia
I choć butelki Bordeaux czerwoność krwi opróżnimy szukając dna
Nie znajdziemy dna bo spełnienie nie zna końca i ukojenia

Łatwiej tęsknotą słów zaklinać szarże nadchodzących mar
Niż zardzewiałe szyldy niewinności wieszać na ganku  swych przemian
Lecz nawet gdy nas pochłonie piekielny wieczności żar
Wiem, że serc naszych bicie przepali go w siódme nieba


4 marca 2013

12 lutego 2013


EROTYKA MATEMATYKA

Cóż, gdybyś pieścił ją językiem
Jak pieścisz niewiadomych zbiór
Mógłbyś swą funkcję zliczyć krzykiem
I na kobietę poznać wzór

Chce byś objętość uczuć zmierzył
Cyrklem na plecach serce rył
Chce byś ją całką wziął w macierzy
I zamknął w nawias drżących ust

Gdybyś parabol długie wstęgi
Przekształcił w pocałunków tęcze
Na piersiach zagregował ciągi
Pieszczot niewprawnych jak twe ręce

Gdybyś w ułamku choćby był jak
Ów samiec alfa, beta, delta
Iloczyn zliczył waszych jęków
Gdybyś limesów nie pamiętał!

Pochodne słów, dotyków, westchnień
Zamknąłbyś w trwały zbiór uniesień
Różniczki zliczyłbyś do zera
Największa wartość funkcji: jesień

Ona chce znać tangensy spojrzeń
I miłość wstawiać do potęgi
Zanurzyć się w elipsy pościel
I ponapinać łuki cięciw

Chce, byś w trójkąty się zanurzył
W pierwiastku grzechu zmoczył wargi
Byś amplitudy nie zaburzył
Wielomian ruchów wziął na barki

Lecz ty – zbyt wprawny matematyk
Wartość bezwzględną znasz kobiety
I gdy równanie się układa
i gdy Euklides,  Leibniz, Banach
zgodzą się: wynik jest bezbłędny
zasypiasz całkiem obojętny
bo liczyć można aż się skona
bo gdy zasypiasz w jej ramionach
rankiem w posłaniu ciepłym leży
tuż obok ciebie – niewiadoma.

12 lutego 2013

10 stycznia 2012

Szukając siebie

Szukałem siebie w organizacjach
Na stanowiskach i etatach
Szukałem w rekomendacjach
W pochwałach i rezultatach

Szukałem siebie  w odmętach mórz
W adresach na pachnących kopertach
W wierszach dojrzałych szukałem siebie
I w swoich największych błędach

Myślałem że to kim jestem
Jest tym co w słowach zawrzeć mogą inni
Myślałem: jestem ich głosem
Plotką z palarni lub windy

Szukałem się w samotności
I w tłumie się chciałem odnaleźć
W modlitwie i przy grze w kości
Przy wódce i w konfesjonale

W zwątpieniu myślałem się znaleźć
Lub w wierze odkryć odpowiedź
Sam się próbowałem wymarzyć
Lub kupić za pieniądze

Chciałem siebie zobaczyć
W tysiącach odbić lustrzanych
I próbowałem usłyszeć
W klawiszach czarnych lub białych

Jest we mnie komunia pierwsza
Klasówka z matmy wciąż trudna
Rower ze scentrowanym kołem
Z kory sosnowej łódka

Są we mnie zmarszczki wciąż niedoliczone
Słone rachunki nie do zapłacenia
Plany na weekend i dom w Prowansji wymarzony
Pranie do powieszenia

Bo jestem, czym byłem i jestem, i będę
A jestem wspomnieniem i będę wspomnieniem
I tylko w tej chwili chcę znaleźć granicę
Między zaistnieniem a niezaistnieniem


10 stycznia 2012

Notowania

dziś jest 10 stycznia 2012 roku
złoto półtora procent w górę
ropa pół procent w górę
spadł jen do dolara
nie piszą, więc zastanawiam się
ile jest dziś warte
słowo honoru?

10 stycznia 2012

9 grudnia 2011

Ventura Highway


A więc żegnaj
Już niedługo rozdzielą nas mile
Weź swój plecak
Domyślałem się że zostaniesz tu tylko chwilę

Zaraz ruszysz w dół
Ryzykowną autostradą
Świat podzieli się na pół
Na czyjś smutek i czyjąś radość

Nie bój się
Zawsze możesz zmienić  swe imię
Nie patrz wstecz
Wiem że byłaś tu tylko chwilę
Nie roń łez
Już za chwilę rozdzielą nas mile

9 grudnia 2011

14 listopada 2011

Kłótnia



Dlaczego ciskasz we mnie poślinione słowa?
Spod powiek źrenicami drżącymi sączysz jad.
Dlaczego papierosy zabierasz mi i chowasz?
Czemu rękami machasz niczym spłoszony ptak?

Dlaczego tyle mówisz, lub milczysz jakby grób?
Dlaczego słone krople przez oczy swe przesączasz?
Wychodzisz w środku nocy i wracasz niby cud.
Celujesz we mnie pilotem od telewizora.

I czemu trzaskasz drzwiami i czaisz się jak duch?
Składasz ubrania w stosy, odwracasz pusty wzrok.
Czemu spojrzeniem dociążasz każdy najmniejszy mój ruch?
Czemu tupiesz by słychać było każdy twój krok?

Jutro prosto do łóżka śniadanie zrobię ci
Z samego rana, gdy tylko wciąż senna się obudzisz
Puszczę muzykę z radia, zaparzę kawę z
mlekiem i cukrem, i w kubku, tym dużym, tak jak lubisz…

14 listopada 2011


Ballada o rycerzu i księżniczce

Raz pewien rycerz szczęścia szukał
i chociaż był to piękny mąż
szczęście, gdy znalazł je, jak dukat
z rąk wymykało mu się wciąż.

Lecz gdy na balu gościł gdzieś
zobaczył oczu damskich blask
i oczom nie wierząc
przemierzył parkiet wzdłuż i wszerz
by je zobaczyć jeszcze raz
i do kogo należą

Lecz próżny był ten jego trud
i darmo obcas darł podłogę
zniknęła ona niczym duch
i popadł rycerz nasz w żałobę.

Niedługo jednak ten stan trwał
bo wśród wrześniowej ciepłej nocy
odbył się przeogromny bal
i spotkał rycerz swoje oczy

Ich właścicielką księżniczka była
co w pięknej sukni balowała
i spostrzegł rycerz, że jej oczy
są piękne niźli ona cała

I chociaż przybył z inną tu
zostawił ją na pastwę losu
tak to kobiecy księżniczki urok
wciągał rycerza cios za ciosem

Gdy bal się miał już ku końcowi
wynikła nietypowa sprawa
księżniczka mianowicie płaszcz swój
piękny książęcy zapodziała

Wśród gwaru, tłumu i barłogu
rycerz zachował umysł rześki;
księżniczce, by nie zmarzła z chłodu
płaszcz ofiarował swój rycerski

I tak zaczęła się zażyłość
między księżniczką i rycerzem
zakrawająca gdzieś na miłość
przerastająca w utęsknienie

Lecz dzień za dniem platońska siła
uległa chęci jeszcze czegoś
i stało jasne się, że teraz
rycerz już pójdzie na całego

I jednej nocy rzekł do lubej
gdy się zbyt śmiało rozochocił:
Musisz być cała moja, bo mi
już nie wystarczą twoje oczy

Księżniczka rzekła wtedy śmiało
że niemożliwa jest ta rzecz
bo chociaż czasu w życiu mało
miłości deser krótki jest

Poczuł się rycerz odepchnięty
lecz wnet pomyślał sobie: Hej
dałem jej tylko mój płaszcz wojenny
a w zamian żądam całej jej!

Więc dam ci też całego siebie!
wykrzyknął rycerz bijąc w pierś
a powróciwszy do się biegiem
napisał taki oto wiersz:

Daję ci serce me czerwone
co dudni w zbroi echem ech
daję też oczy utęsknione
co bez patrzenia widzą cię

Ofiarowuję krew, co wre
i która bardziej jest czerwona
kiedy choć chwilę widzę cię
niż gdy na wojnę idę skonać

Daruję każdy wyraz twarzy
i każdy z ust mych szczery śmiech
i nawet dać ci się odważę
kichnięcie każde, itp.

Zrzekam się moich brudnych stóp
co pył bitewny pokrył je
i niech mi szatan kopie grób
jeśli okłamię kiedyś cię

I podróż dookoła świata
do łóżka w każdy dzień śniadanie
i wszystkie rzeczy co posiadam
i które zdobyć jestem w stanie

I usta moje rozpęcznione
solą przebytych trudnych dni
ofiarowuję dzisiaj tobie
i namiętności skryte w nich

I w tej miłości dzikim szale
daruję duszę moją też
bo ty jak diabeł jesteś dla mnie
i tylko ciebie teraz śnię

I pisał tak nasz rycerz wciąż
pod oknem serenady śpiewał
i recytował całą noc
i cały dzień następny ziewał

Po zamku z kandelabrem łaził
do drzwi jej pukał ile sił
chociaż wciąż wątlał, czezł i nikł -
bo rycerz nasz poetą był

Aż pewnej nocy otwarł drzwi
i zaznał szczęścia i rozkoszy
lecz wnet rozsypał się jak pył
tak zwiędły marne jego losy

Księżniczka zaś na widok ten
wnet wyskoczyła ze swej wieży
i rozpłynęła się jak sen
gdy wiatr o skały nią uderzył

I słowo ciałem stało się
bo choć ziszczony cel rycerza
za długa bitwa była przed
i za wysoka księżnej wieża

I tylko w niebie teraz żyją
i jeszcze tylko pośród nas
a wiatr zawodzi nad mogiłą:
szanujcie życie, bo jest siłą
którą pogania wredny czas

29-30 lipca 1999


[znów wstałem rano]

Znów wstałem rano całkiem sam
i pełną piersią chciałem chwytać dzień
odeszłaś wczoraj nagle tak
zostało kilka starych zdjęć.

Śniadanie - czerstwy chleba smak
i niedopitej kawy cień
tam w lustrze to niestety ja
samotność ściska gardło me

Pod zimną wodę kładę twarz
i tak jak ona wciąż gdzieś uciekam
lecz wiedz - -dopóki płynie czas
na Ciebie czekam

22 grudnia 1998

Pan Smile


Mam nowego przyjaciela.  Nazywa się Pan Smile i jest naprawdę sympatyczny. Kiedyś już widywałem go przy różnych okazjach. Pamiętam że bywał na spotkaniach ze znajomymi,  był też na rozdaniu świadectw maturalnych i w urzędzie miejskim, gdy odbierałem prawo jazdy.
Z Panem Smilem ostatnio widujemy się częściej. Towarzyszy mi gdy wstaję rano i później niemal przez cały dzień, choć jego obecność jakoś wcale mnie nie krępuje. Mimo, że spędzamy ze sobą bardzo wiele czasu, moja dziewczyna jakoś zupełnie nie jest o niego zazdrosna. Wydaje mi się, że ona również polubiła Pana Smile`a.
Jest tylko jeden problem. Jest nim mój stary przyjaciel Pan Ponura Mina. Pan Ponura Mina pochodzi z Japonii.  Kiedyś bardzo się przyjaźniliśmy, ale po pewnym czasie zauważyłem, że oprócz Pana Ponurej Miny nie mam innych kumpli ani bliskich znajomych.  Spostrzegłem też, że Pana Ponurą Minę łączą zażyłe stosunki z moim gburowatym szefem.  To wszystko powoduje, że staram się unikać Ponurej Miny, i zamierzam powiedzieć mu, że już nie chcę się z nim przyjaźnić. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię.  To bardzo ciężkie zadanie, bo takiego przyjaciela  jak  Ponura Mina trudno się pozbyć. Zbyt łatwo można go spotkać wśród ludzi idących ulicą, w pociągach, albo w kolejkach do kas w hipermarketach. A także w wielu innych miejscach prawie o każdej porze. Praktycznie spotyka się go cały czas, dlatego myślę, że poproszę o pomoc Smile`a. Nie musi nic mówić, wystarczy że będzie ze mną gdy powiem o wszystkim Ponurej Minie, a jestem pewien, że pójdzie bardzo dobrze.
Za to Pan Smile to zupełnie co innego.  Ma dwie, bardzo fajne koleżanki, które od pierwszego spotkania zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Happiness i Love są jak papużki nierozłączki. Prawie wszędzie chodzą razem. Co więcej, odnoszę wrażenie, że Pan Smile też  jest z nimi cały czas. Nie wiem, jak to możliwe, skoro niemal cały dzień  jest ze mną. Chyba już taki jego urok, że potrafi być ze wszystkimi na raz. Smile jest naprawdę niezwykły.
Znałem kiedyś jednego Smile`a, ale był zupełnie inny. Widywaliśmy się tylko przypadkiem, najczęściej w sklepach odzieżowych, w towarzystwie uprzejmych i zadbanych sprzedawczyń. Nie lubiłem tych spotkań. Ów Smile wydawał się być kimś innym, niż osoba, za która się podawał i nie ufałem mu. Ale dzięki tym spotkaniom potrafię z łatwością dostrzec go już z daleka i od dawna udaje mi się  go unikać.
No cóż, Panie Smile, niezły z Pana gość!

13 listopada 2011

Epitafium

Umarł papież
odszedł w mig.
Kto coś zrobi byś nie umilkł?
Kto się odważy podnieść krzyk?

Nieść cię przez plac
chętnych jest stu. Czyż
znajdzie się ten, który
poniesie za ciebie krzyż?

5 kwietnia 2005

Dogmat egzystencjalny

życie
jest drzewem
po którym wspinam się do końca

drzewo
jest drogą
milionem drógkonarów

konary są
wyborami codzienności

wciąż szukam ścieżki
która doprowadzi mnie
tam na koniec
na najcieńszy koniec ostatniej gałązki

tam jest mój dom
dom do którego zmierza każdy z nas
dom pełen szczęścia
dom przeznaczony

tylko tam
mogę zanurzyć się na zawsze
w ciepło jej dłoni

tak prosto zmylić drogę!
tak łatwo!
gdy nie słyszę wołającego głosu jej serca

tak prosto być strąconym w wiatr
unieść się ciałem jak pył - w bezmiar
tak lekko pośliznąć się na własnych łzach...

w lipcu 2000

[jesienią]

jesienią
upadnę w zwiędłe liście brzóz
poszukam w nich ciebie

i pocztą pantoflową otrzymam ów list
zwierzenie
ode mnie - dla siebie

jesienią wzruszenia rozszarpią mi serce
to szczęście nie dzielone wytryśnie jak szampan!
odegnam je dłonią
odepchnę od siebie
tak tańcząc krok zmylę chocholego tańca

jesienią dopiero czuję jak umiera
na ramionach cel życia co był albo będzie
i choć w siebie spoglądam, i choć obok siebie
nic nie widzę prócz oczu płonących w obłędzie

jesienią
upadam w zwiędłe liście brzóz
nie czuję twej dłoni, odchodzę powoli
i tylko pamięć pod rękę bierze jak pod nóż
i smutną twarz okrywa kocem melancholii

15 września 1999

12 listopada 2011

ID wieczorny

Już idzie ID
każe pić nam tę noc do dna
zachłysnąć się nią;
jak słońce oczy zza niewidzialnych chmur
trąca każdą myśl.
Idzie ID, strąca nas w przepaść ze snu
dopóki noc otwiera oczy
i w dół i w
dół
dopóki noc
nie umkniemy mu.
Idzie ID
trzyma w rękach
wino, wiatr, światło dostrzegalne kątem oka;
gubi nas w sobie grając na fletni
gwiazd patrzących przez otwarte okno
(już płonie ogień, choć jeszcze
chodniki od deszczu mokre);
w żyłach nam tętni świat,
po szybach nieostrożnie spływają krople dnia.
Idzie ID
już spętał nasze dłonie
galopem rozkosz w rozwianych grzywach koni
pędzi tak, wlewa się czarną rzeką
jak ptaków lot - -unosi gdzieś daleko
zatrzymać możesz się lecz po co lecz dlaczego
w szaleńczym wirze kręci się zauroczenie
w beztroskim tańcu ID, w twoim spojrzeniu
i błądzi, lecz nie szuka
i chce, ale się boi
blady, choć cały płonie
i znów zostawia mnie, już się nie bronię
symfonię tę bez nut niedokończoną
już świt przeciera oczy rosą wśród łąk zamglonych.

Odszedł ID;
 u podnóża zachwytu
zasypiam w twoich ramionach.

11 stycznia 1999

Nad pogryzionym starym miastem

nad pogryzionym starym miastem
w przesmykach ulic
pijana noc do szyb się tuli
otulona jak szalem latarnianym blaskiem
a brudne koty gdzieś w podwórkach
uciekają w zaświaty
tam gdzie nie ma ludzi z kamieniami
i deszcz pada tylko czasem

nad rozpostartą starą rzeką
szarą jak myśli moje i zmęczoną
dłoń w dłoni ściska beznamiętnie
ból bezpamiętnie bije w skroni

pod malowanych starym niebem
nad rozpostartą starą rzeką
nad pogryzionym starym miastem

na ciebie czekam

1 lipca 1998

Obietnica

z aksamitną różą w dłoni
w zachodzącym płynąc słońcu
mdlejąc z gorąca
stanę kiedyś przed twym progiem
takim pół - mną a pół - bogiem

dla nas - upitych szkarłatem wieczoru
zatańczy na ustach jeden dotyk tylko
w tę noc bezwstydną
twoje spojrzenie
i uniesienie

Jak się czuję

przepełniony, zdeptany
rozwalony, pobity

roztrzaskany, rozdarty
umarły, zabity

oszukany, zwęglony
połamany, zmarznięty

przepalony, przepity
przekręcony, zziębnięty

porzucony, samotny
słaby, pokonany

uduszony, zmiażdżony
rozerwany, skopany

pęknięty, powalony
chory, pusty, martwy

pokonany, kaleki
pożarty, podarty

okradziony, bezsilny
zraniony, przeklęty

zawiedziony, ślepy
przetrącony, zwiędnięty

15 maj 2003

Drugi wiersz z papierosa

Bóg stworzył mnie - człowieka
na podobieństwo peta
żarzą się od środka
i spalam się w wierszach

serce mam smoliste
ileś tam miligram
zamiast krwi płynie we mnie
nikotyna

dymne myśli wzlatują
popiół wspomnień strzepuję
i przybliża mnie do filtra
każdy oddech

Bóg stworzył papierosa
na podobieństwo człowieka
ja jestem papierosem
marki Poeta

27-28 maj 2003

Sonet bezdomnych

Czterech ich było,
cztery szklanki po musztardowej
i dwa dzbanki
deszczówki w zardzewiałych puszkach.

Przy brudnym stole brudną ręką
zapałki świecą,
w spękanych ustach zebrane ciężko
ćmią niedopałki.

Czasami jeszcze zapach kobiety
próbują wspomnieć, lecz został tylko
kurz o poranku i intensywna woń toalety.

Nocą, gdy w miasto idą na łowy
w podartych torbach taszczą łup wszelki
aluminiowy.

styczeń 2005

Parafraza II

Tęsknię, choć wiem
nie powinienem
coś każe, bym żył.
Usypia mnie deszcz, który uderza w okno z całych sił

Ja to wiem - chcę oddychać głęboko.
Ty jesteś mój tlen.

14 stycznia 2005

Parafraza III

Jesteś
tylko gościem
mojej samotności
nadaję ci nawet imię
zanim
staniesz się
płatkiem pelargonii
zasuszonym między kartkami
ulubionej książki
zanim
staniesz się
kroplą melancholii
wyciśniętą z cytryny mych oczu.

Jesteś
tylko śmiechem
zmarszczką w ust kąciku
która mówi wszystko gdy ja milczę
zanim
spłyniesz
po moim policzku
jak po drżącej szybie
zanim
poczuję słony smak
zanim wezmę oddech i otworzę usta
by zapytać cię
gdzie
jesteś?

luty 2005