Umarł papież
odszedł w mig.
Kto coś zrobi byś nie umilkł?
Kto się odważy podnieść krzyk?
Nieść cię przez plac
chętnych jest stu. Czyż
znajdzie się ten, który
poniesie za ciebie krzyż?
5 kwietnia 2005
poezja proza książki literatura wiersze filozofia rymy przechwałki wątpliwości marzenia czas przestrzeń prawda kłamstwo wiara emocje szczerość wyobraźnia miłość marzenia pasja nadzieja samotność ulotność życie śmierć
13 listopada 2011
Dogmat egzystencjalny
życie
jest drzewem
po którym wspinam się do końca
drzewo
jest drogą
milionem drógkonarów
konary są
wyborami codzienności
wciąż szukam ścieżki
która doprowadzi mnie
tam na koniec
na najcieńszy koniec ostatniej gałązki
tam jest mój dom
dom do którego zmierza każdy z nas
dom pełen szczęścia
dom przeznaczony
tylko tam
mogę zanurzyć się na zawsze
w ciepło jej dłoni
tak prosto zmylić drogę!
tak łatwo!
gdy nie słyszę wołającego głosu jej serca
tak prosto być strąconym w wiatr
unieść się ciałem jak pył - w bezmiar
tak lekko pośliznąć się na własnych łzach...
w lipcu 2000
jest drzewem
po którym wspinam się do końca
drzewo
jest drogą
milionem drógkonarów
konary są
wyborami codzienności
wciąż szukam ścieżki
która doprowadzi mnie
tam na koniec
na najcieńszy koniec ostatniej gałązki
tam jest mój dom
dom do którego zmierza każdy z nas
dom pełen szczęścia
dom przeznaczony
tylko tam
mogę zanurzyć się na zawsze
w ciepło jej dłoni
tak prosto zmylić drogę!
tak łatwo!
gdy nie słyszę wołającego głosu jej serca
tak prosto być strąconym w wiatr
unieść się ciałem jak pył - w bezmiar
tak lekko pośliznąć się na własnych łzach...
w lipcu 2000
[jesienią]
jesienią
upadnę w zwiędłe liście brzóz
poszukam w nich ciebie
i pocztą pantoflową otrzymam ów list
zwierzenie
ode mnie - dla siebie
jesienią wzruszenia rozszarpią mi serce
to szczęście nie dzielone wytryśnie jak szampan!
odegnam je dłonią
odepchnę od siebie
tak tańcząc krok zmylę chocholego tańca
jesienią dopiero czuję jak umiera
na ramionach cel życia co był albo będzie
i choć w siebie spoglądam, i choć obok siebie
nic nie widzę prócz oczu płonących w obłędzie
jesienią
upadam w zwiędłe liście brzóz
nie czuję twej dłoni, odchodzę powoli
i tylko pamięć pod rękę bierze jak pod nóż
i smutną twarz okrywa kocem melancholii
15 września 1999
upadnę w zwiędłe liście brzóz
poszukam w nich ciebie
i pocztą pantoflową otrzymam ów list
zwierzenie
ode mnie - dla siebie
jesienią wzruszenia rozszarpią mi serce
to szczęście nie dzielone wytryśnie jak szampan!
odegnam je dłonią
odepchnę od siebie
tak tańcząc krok zmylę chocholego tańca
jesienią dopiero czuję jak umiera
na ramionach cel życia co był albo będzie
i choć w siebie spoglądam, i choć obok siebie
nic nie widzę prócz oczu płonących w obłędzie
jesienią
upadam w zwiędłe liście brzóz
nie czuję twej dłoni, odchodzę powoli
i tylko pamięć pod rękę bierze jak pod nóż
i smutną twarz okrywa kocem melancholii
15 września 1999
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)