Już idzie ID
każe pić nam tę noc do dna
zachłysnąć się nią;
jak słońce oczy zza niewidzialnych chmur
trąca każdą myśl.
Idzie ID, strąca nas w przepaść ze snu
dopóki noc otwiera oczy
i w dół i w
dół
dopóki noc
nie umkniemy mu.
Idzie ID
trzyma w rękach
wino, wiatr, światło dostrzegalne kątem oka;
gubi nas w sobie grając na fletni
gwiazd patrzących przez otwarte okno
(już płonie ogień, choć jeszcze
chodniki od deszczu mokre);
w żyłach nam tętni świat,
po szybach nieostrożnie spływają krople dnia.
Idzie ID
już spętał nasze dłonie
galopem rozkosz w rozwianych grzywach koni
pędzi tak, wlewa się czarną rzeką
jak ptaków lot - -unosi gdzieś daleko
zatrzymać możesz się lecz po co lecz dlaczego
w szaleńczym wirze kręci się zauroczenie
w beztroskim tańcu ID, w twoim spojrzeniu
i błądzi, lecz nie szuka
i chce, ale się boi
blady, choć cały płonie
i znów zostawia mnie, już się nie bronię
symfonię tę bez nut niedokończoną
już świt przeciera oczy rosą wśród łąk zamglonych.
Odszedł ID;
u podnóża zachwytu
zasypiam w twoich ramionach.
11 stycznia 1999
poezja proza książki literatura wiersze filozofia rymy przechwałki wątpliwości marzenia czas przestrzeń prawda kłamstwo wiara emocje szczerość wyobraźnia miłość marzenia pasja nadzieja samotność ulotność życie śmierć
12 listopada 2011
Nad pogryzionym starym miastem
nad pogryzionym starym miastem
w przesmykach ulic
pijana noc do szyb się tuli
otulona jak szalem latarnianym blaskiem
a brudne koty gdzieś w podwórkach
uciekają w zaświaty
tam gdzie nie ma ludzi z kamieniami
i deszcz pada tylko czasem
nad rozpostartą starą rzeką
szarą jak myśli moje i zmęczoną
dłoń w dłoni ściska beznamiętnie
ból bezpamiętnie bije w skroni
pod malowanych starym niebem
nad rozpostartą starą rzeką
nad pogryzionym starym miastem
na ciebie czekam
1 lipca 1998
w przesmykach ulic
pijana noc do szyb się tuli
otulona jak szalem latarnianym blaskiem
a brudne koty gdzieś w podwórkach
uciekają w zaświaty
tam gdzie nie ma ludzi z kamieniami
i deszcz pada tylko czasem
nad rozpostartą starą rzeką
szarą jak myśli moje i zmęczoną
dłoń w dłoni ściska beznamiętnie
ból bezpamiętnie bije w skroni
pod malowanych starym niebem
nad rozpostartą starą rzeką
nad pogryzionym starym miastem
na ciebie czekam
1 lipca 1998
Obietnica
z aksamitną różą w dłoni
w zachodzącym płynąc słońcu
mdlejąc z gorąca
stanę kiedyś przed twym progiem
takim pół - mną a pół - bogiem
dla nas - upitych szkarłatem wieczoru
zatańczy na ustach jeden dotyk tylko
w tę noc bezwstydną
twoje spojrzenie
i uniesienie
w zachodzącym płynąc słońcu
mdlejąc z gorąca
stanę kiedyś przed twym progiem
takim pół - mną a pół - bogiem
dla nas - upitych szkarłatem wieczoru
zatańczy na ustach jeden dotyk tylko
w tę noc bezwstydną
twoje spojrzenie
i uniesienie
Jak się czuję
przepełniony, zdeptany
rozwalony, pobity
roztrzaskany, rozdarty
umarły, zabity
oszukany, zwęglony
połamany, zmarznięty
przepalony, przepity
przekręcony, zziębnięty
porzucony, samotny
słaby, pokonany
uduszony, zmiażdżony
rozerwany, skopany
pęknięty, powalony
chory, pusty, martwy
pokonany, kaleki
pożarty, podarty
okradziony, bezsilny
zraniony, przeklęty
zawiedziony, ślepy
przetrącony, zwiędnięty
15 maj 2003
rozwalony, pobity
roztrzaskany, rozdarty
umarły, zabity
oszukany, zwęglony
połamany, zmarznięty
przepalony, przepity
przekręcony, zziębnięty
porzucony, samotny
słaby, pokonany
uduszony, zmiażdżony
rozerwany, skopany
pęknięty, powalony
chory, pusty, martwy
pokonany, kaleki
pożarty, podarty
okradziony, bezsilny
zraniony, przeklęty
zawiedziony, ślepy
przetrącony, zwiędnięty
15 maj 2003
Drugi wiersz z papierosa
Bóg stworzył mnie - człowieka
na podobieństwo peta
żarzą się od środka
i spalam się w wierszach
serce mam smoliste
ileś tam miligram
zamiast krwi płynie we mnie
nikotyna
dymne myśli wzlatują
popiół wspomnień strzepuję
i przybliża mnie do filtra
każdy oddech
Bóg stworzył papierosa
na podobieństwo człowieka
ja jestem papierosem
marki Poeta
27-28 maj 2003
na podobieństwo peta
żarzą się od środka
i spalam się w wierszach
serce mam smoliste
ileś tam miligram
zamiast krwi płynie we mnie
nikotyna
dymne myśli wzlatują
popiół wspomnień strzepuję
i przybliża mnie do filtra
każdy oddech
Bóg stworzył papierosa
na podobieństwo człowieka
ja jestem papierosem
marki Poeta
27-28 maj 2003
Sonet bezdomnych
Czterech ich było,
cztery szklanki po musztardowej
i dwa dzbanki
deszczówki w zardzewiałych puszkach.
Przy brudnym stole brudną ręką
zapałki świecą,
w spękanych ustach zebrane ciężko
ćmią niedopałki.
Czasami jeszcze zapach kobiety
próbują wspomnieć, lecz został tylko
kurz o poranku i intensywna woń toalety.
Nocą, gdy w miasto idą na łowy
w podartych torbach taszczą łup wszelki
aluminiowy.
styczeń 2005
cztery szklanki po musztardowej
i dwa dzbanki
deszczówki w zardzewiałych puszkach.
Przy brudnym stole brudną ręką
zapałki świecą,
w spękanych ustach zebrane ciężko
ćmią niedopałki.
Czasami jeszcze zapach kobiety
próbują wspomnieć, lecz został tylko
kurz o poranku i intensywna woń toalety.
Nocą, gdy w miasto idą na łowy
w podartych torbach taszczą łup wszelki
aluminiowy.
styczeń 2005
Parafraza II
Tęsknię, choć wiem
nie powinienem
coś każe, bym żył.
Usypia mnie deszcz, który uderza w okno z całych sił
Ja to wiem - chcę oddychać głęboko.
Ty jesteś mój tlen.
14 stycznia 2005
nie powinienem
coś każe, bym żył.
Usypia mnie deszcz, który uderza w okno z całych sił
Ja to wiem - chcę oddychać głęboko.
Ty jesteś mój tlen.
14 stycznia 2005
Parafraza III
Jesteś
tylko gościem
mojej samotności
nadaję ci nawet imię
zanim
staniesz się
płatkiem pelargonii
zasuszonym między kartkami
ulubionej książki
zanim
staniesz się
kroplą melancholii
wyciśniętą z cytryny mych oczu.
Jesteś
tylko śmiechem
zmarszczką w ust kąciku
która mówi wszystko gdy ja milczę
zanim
spłyniesz
po moim policzku
jak po drżącej szybie
zanim
poczuję słony smak
zanim wezmę oddech i otworzę usta
by zapytać cię
gdzie
jesteś?
luty 2005
tylko gościem
mojej samotności
nadaję ci nawet imię
zanim
staniesz się
płatkiem pelargonii
zasuszonym między kartkami
ulubionej książki
zanim
staniesz się
kroplą melancholii
wyciśniętą z cytryny mych oczu.
Jesteś
tylko śmiechem
zmarszczką w ust kąciku
która mówi wszystko gdy ja milczę
zanim
spłyniesz
po moim policzku
jak po drżącej szybie
zanim
poczuję słony smak
zanim wezmę oddech i otworzę usta
by zapytać cię
gdzie
jesteś?
luty 2005
Tyle
ile chleba tyle głodu
w rękach wyciągniętych
ile zdrady tyle bólu
tyle słów namiętnych
ile medali lśniących
tyle karków prostych
tyle karków ugiętych
ile szafotów ostrych
tyle spraw nieskończonych
ile spraw nie zaczętych
tyle łez zasłużonych
ile dziewczyn nietkniętych
tyle chęci bezpłodnych
ile nocy przespanych
tyle nocy zarwanych
ile pomysłów dobrych
tyle kwiatów we włosach
tyle idei prostych
ile lat nie zmęczonych
ile kieszeni pustych
ile twarzy grymasów
tyle niedowierzania
tyle minut bezsennych
tyle słów do spisania
luty 2005
w rękach wyciągniętych
ile zdrady tyle bólu
tyle słów namiętnych
ile medali lśniących
tyle karków prostych
tyle karków ugiętych
ile szafotów ostrych
tyle spraw nieskończonych
ile spraw nie zaczętych
tyle łez zasłużonych
ile dziewczyn nietkniętych
tyle chęci bezpłodnych
ile nocy przespanych
tyle nocy zarwanych
ile pomysłów dobrych
tyle kwiatów we włosach
tyle idei prostych
ile lat nie zmęczonych
ile kieszeni pustych
ile twarzy grymasów
tyle niedowierzania
tyle minut bezsennych
tyle słów do spisania
luty 2005
Jak liść zasuszony
Iskra
w oku wznieca świecy płomień
Płomień wnet w pożar myśli się zmienia
Pożar myśli rodzi zmysłów pożogę
Wszystko gaśnie w ranka wilgotnym chłodzie
Uśmiech szczery budzi słowa gorące
Dotyk dłoni rodzi myśli nieskąpe
Myśli w czyny i wspomnienia się zmienią
W śmierci zginą bladych wspomnień tysiące
Czas zdziera cię ze mnie jak martwy
naskórek
Wymazuje przysięgi grafitem pisane
Ścina obietnice wielkie niczym stare dęby
Niszczy słowa którymi byliśmy nazwani
Nie było cię? Nie ma? Nie będzie? Lecz
jesteś
Jak liść zasuszony w książce ulubionej
którą czytam co dzień. Gdy sam wyschnę wreszcie
Chcę wiedzieć na której czekasz na mnie
stronie
3 stycznia 2011
W źdźbłach traw konały (znaleziony)
[wiersz ten znalazłem w książce pożyczonej z biblioteki, napisany długopisem na kartce wyrwanej z zeszytu; autora zapraszam po odbiór]
W źdźbłach traw konały rosy świtu
wiatr ich ostatnie lśnienie pieścił
gdy z nadodrzańskich wałów szczytu
uwiódł mnie nagle czar niewieści.
Dobyta z jawy na poły z mar
Gdzieś między mostem a wykrotem
Z psem szła wsłuchana w ptasi gwar
Więc zbiegam ku niej ptasim lotem.
Płyną dni
Płyną
dni. Ja tęsknię za tym, czego nie mam
Z
palców spływa czas, jak piaskowy pył
Każde
piasku ziarno to mogiła senna
Znicze
z ziaren wspomnień co dzień stawiam im.
Biorę
w garść codzienność, ja menedżer dni
I
peany ślę – te na własną cześć
Już
minęły czasy urodzajnych chwil
Brać
się do roboty! Za coś trzeba jeść
Na
garnuszku śmierci wpija we mnie się
Archetyp
twych piersi, które chciałbym zjeść
„Nie”
wypowiedziane ma straszliwą moc
Ty
zagarniesz łóżko, mi zostanie koc
Alkoholu
łyk, wiersza słowa dwa
Im
dalej-odwraca się zależność ta
Jeszcze
kropel pięć. Dlaczegóż by nie?
Wyrżnę
głową w stół, zbudzę rześki się.
Opadnę
powoli jak po bitwie kurz
W
kalendarzu więcej nie znajdziesz mnie
już
Na
wąskim balkonie zamknij za mną drzwi
Stłumisz
chłód poranka, zdławisz śmierci krzyk.
Na
balkonie wąskim omieć z piasku gzyms
Niech
mnie porwie wiatr, ja zamieszkam w nim.
Niech
mnie zmieni w pył znad urodzajnych pól
Albo
w sól twych łez, co za mną potoczą się w
dół.
2
lipca 2011
Pod waltornią
Pod
Waltornią whisky leje się co noc
Po
dekoltach brodzi męskich spojrzeń moc
Gra
orkiestra twista, nie zaznamy snu
Bawi
się stolica, tutaj-właśnie tu.
Czy
to aury czar czy też lica blask
Chwyta
lekką dłoń, czuje poklask łask
Nie
pisną gazety co ma robić wszak
Przedziwne
podniety pismakom nie w smak.
Na
języka końcu kropla drży jak bras
Chwyćmy
w żagle wiatr, przecież mamy czas
Niech
poeci słów szukają w srebrnej krwi
Mamy
swój bon ton, tylko ja i ty
Pozamykaj
drzwi i zrzuć swych koron szyk
Nie
oglądaj się wszak tu nie patrzy nikt
Niechaj
czerwień szkła wsiąknie w naszą krew
Kiedy
księżyc łka wśród żywicy drzew
Wypłowiał
serpentyn nienaganny róż
Lśnią
puste butelki tak jak złoty kurz
Śpi
orkiestra cała, milczą struny trzy
Płynie
cień na jezdni tak jak letnie dni.
Ona
patrzy w dal, on odchodzi już
W
głos się śmieje czart, ostrzy srebrny nóż
Pierwszy
i ostatni był jej raz, psia mać
Tylko
księżyc świeci jakby bał się spać
Tylko
nocy czerń mąci cichy wrzask
Pijmy
szybko by zapomnieć nim powróci brzask
kwiecień /czerwiec 2011
Na odwrót
odpycham się zapałką
od ognia, co błyska
jak do skarpety starej
dym się w płuca wciska
ziemia pcha się w stopy
nogami porusza
zaciska się w dłoni
szklanka prawie pusta
zbiegają ze mnie schody
otwierają mnie drzwi
jadą mną pociągi
przeżywają mnie dni
pieniądze mnie wydają
marnotrawi mnie czas
książki mnie czytają
kobiety pożądają
niesie mnie ubranie
łzy mnie ronią słone
a na strunach gardła
ciche grają słowa
patrzy na mnie świat
i myją mnie zęby
i zrywa mnie kwiat
i śni sen przyjemny.
10.11.2011
od ognia, co błyska
jak do skarpety starej
dym się w płuca wciska
ziemia pcha się w stopy
nogami porusza
zaciska się w dłoni
szklanka prawie pusta
zbiegają ze mnie schody
otwierają mnie drzwi
jadą mną pociągi
przeżywają mnie dni
pieniądze mnie wydają
marnotrawi mnie czas
książki mnie czytają
kobiety pożądają
niesie mnie ubranie
łzy mnie ronią słone
a na strunach gardła
ciche grają słowa
patrzy na mnie świat
i myją mnie zęby
i zrywa mnie kwiat
i śni sen przyjemny.
10.11.2011
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)