Płyną
dni. Ja tęsknię za tym, czego nie mam
Z
palców spływa czas, jak piaskowy pył
Każde
piasku ziarno to mogiła senna
Znicze
z ziaren wspomnień co dzień stawiam im.
Biorę
w garść codzienność, ja menedżer dni
I
peany ślę – te na własną cześć
Już
minęły czasy urodzajnych chwil
Brać
się do roboty! Za coś trzeba jeść
Na
garnuszku śmierci wpija we mnie się
Archetyp
twych piersi, które chciałbym zjeść
„Nie”
wypowiedziane ma straszliwą moc
Ty
zagarniesz łóżko, mi zostanie koc
Alkoholu
łyk, wiersza słowa dwa
Im
dalej-odwraca się zależność ta
Jeszcze
kropel pięć. Dlaczegóż by nie?
Wyrżnę
głową w stół, zbudzę rześki się.
Opadnę
powoli jak po bitwie kurz
W
kalendarzu więcej nie znajdziesz mnie
już
Na
wąskim balkonie zamknij za mną drzwi
Stłumisz
chłód poranka, zdławisz śmierci krzyk.
Na
balkonie wąskim omieć z piasku gzyms
Niech
mnie porwie wiatr, ja zamieszkam w nim.
Niech
mnie zmieni w pył znad urodzajnych pól
Albo
w sól twych łez, co za mną potoczą się w
dół.
2
lipca 2011
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz